Kampania „Czy wiesz, że…”
Czy wiesz, że za FAS odpowiada również mężczyzna?

Gdy mówi się o FAS (alkoholowym zespole płodowym), większość ludzi automatycznie myśli o kobiecie w ciąży, która nie powinna pić alkoholu. To prawda – alkohol przenika przez łożysko i może uszkadzać rozwijający się mózg dziecka. Problem polega jednak na tym, że w tej dyskusji przez lata pomijano drugą połowę równania: mężczyznę. Współczesne badania coraz wyraźniej pokazują, że styl życia ojca przed poczęciem również ma znaczenie. Alkohol wpływa na jakość plemników oraz na mechanizmy regulujące działanie genów. Gdy mężczyzna regularnie pije lub jest nietrzeźwy w okresie poprzedzającym zapłodnienie, w jego komórkach rozrodczych mogą pojawiać się zmiany biologiczne. Te zmiany nie kończą się w jego organizmie – mogą zostać przekazane dziecku.
W praktyce oznacza to coś bardzo prostego: moment poczęcia nie jest biologicznie neutralny. Jeśli dochodzi do niego w sytuacji, gdy organizm jest pod wpływem alkoholu, może to zwiększać ryzyko zaburzeń rozwojowych u dziecka. FAS jest jednym z najpoważniejszych takich zaburzeń. Dzieci dotknięte tym zespołem często mają trwałe uszkodzenia mózgu, trudności w uczeniu się, problemy z koncentracją i regulacją emocji. To nie jest choroba, którą można wyleczyć. Można jedynie łagodzić jej skutki.
W książce Alkoiluzja terapeuta uzależnień Robert Rutkowski zwraca uwagę na coś jeszcze. W naszej kulturze alkohol jest tak mocno wpisany w życie społeczne, że rzadko myślimy o jego konsekwencjach w kontekście odpowiedzialności za przyszłość. Picie bywa traktowane jak coś oczywistego – element imprezy, relaksu czy spotkania ze znajomymi. W takiej atmosferze łatwo zapomnieć, że decyzje podejmowane dziś mogą mieć wpływ na życie kogoś, kto jeszcze się nie urodził.
Dlatego coraz częściej mówi się o tym, że profilaktyka FAS nie powinna być kierowana wyłącznie do kobiet. Mężczyźni również są częścią tej historii. Jeśli ktoś myśli w przyszłości o ojcostwie, jego styl życia – w tym stosunek do alkoholu – ma realne znaczenie.
Odpowiedzialność za dziecko nie zaczyna się w dniu jego narodzin ani nawet w momencie, gdy partnerka dowiaduje się o ciąży. Zaczyna się wcześniej – od decyzji, które podejmujemy jako dorośli ludzie. Czasem dojrzałość polega nie na tym, ile ktoś potrafi wypić na imprezie.
Czasem polega na tym, że potrafi pomyśleć o konsekwencjach dalej niż do następnego poranka.
Jeśli chcesz być świadomym rodzicem, chcesz zadbać o swoje zdrowie, a nie wiesz w jaki sposób i od czego zacząć. Przyjdź do nas! W Dziale Profilaktyki w Centrum Aktywności Lokalnej przy ul. Mickiewicza 26 czekają na Ciebie psychologowie i pedagodzy.
Autorka tekstu:Joanna Ziejło – Augun, psycholog
Czy wiesz, że możesz być zagrożony wykluczeniem społecznym?

Kiedy słyszymy określenie „wykluczenie społeczne”, często myślimy o kimś daleko od nas. O osobach bezdomnych, bardzo ubogich, żyjących na marginesie społeczeństwa. Wydaje się nam, że to problem „czyjś”, dotyczący innych środowisk, innych ludzi, innych historii. Tymczasem prawda jest znacznie bardziej złożona – wykluczenie społeczne może dotknąć każdego z nas. Nie przychodzi nagle. Najczęściej zaczyna się bardzo cicho. Czasem od utraty pracy, która była nie tylko źródłem dochodu, ale także codziennych kontaktów z ludźmi. Czasem od choroby, która ogranicza aktywność i sprawia, że coraz trudniej uczestniczyć w życiu społecznym. Innym razem od samotności, która z czasem staje się coraz bardziej dotkliwa. Zdarza się, że początkiem jest brak dostępu do informacji, technologii czy wsparcia instytucjonalnego.
Wykluczenie społeczne to nie tylko brak pieniędzy. To przede wszystkim brak możliwości pełnego uczestniczenia w życiu społecznym – w edukacji, kulturze, rynku pracy czy zwykłych relacjach międzyludzkich. To poczucie, że jest się gdzieś obok, że świat toczy się dalej, ale jakby bez naszego udziału. Szczególnie narażone na wykluczenie są osoby starsze, osoby z niepełnosprawnościami, osoby długotrwale bezrobotne czy osoby samotne. Ale zagrożenie to może pojawić się także wśród ludzi młodych, którzy z różnych powodów nie odnajdują się w systemie edukacji czy rynku pracy. Współczesny świat zmienia się bardzo szybko, a nie każdy ma równe szanse, aby nadążyć za tymi zmianami.
Warto jednak pamiętać, że wykluczenie społeczne nie jest wyrokiem. W wielu przypadkach można mu zapobiegać – poprzez budowanie relacji, wzajemne wsparcie i tworzenie przestrzeni, w której każdy człowiek czuje się potrzebny. Ogromną rolę odgrywają tu lokalne społeczności. To właśnie w nich najłatwiej zauważyć drugiego człowieka, który być może potrzebuje rozmowy, pomocy lub zwykłego zaproszenia do wspólnego działania. Czasem wystarczy niewiele – zainteresowanie, życzliwość, otwartość. Bo przeciwdziałanie wykluczeniu społecznemu zaczyna się od prostych rzeczy. Od uważności na drugiego człowieka.
Warto więc zadać sobie pytanie: czy wokół mnie jest ktoś, kto powoli znika z życia społecznego? Czy potrafię to zauważyć?
A może – choć rzadko o tym myślimy – każdy z nas w pewnym momencie życia może znaleźć się w sytuacji, w której sam będzie potrzebował wsparcia.
Dlatego budowanie wspólnoty, opartej na wzajemnym szacunku i solidarności, jest tak ważne. To ona sprawia, że nikt nie zostaje sam na marginesie życia społecznego.
Jeśli potrzebujesz wsparcia, zgłoś się do Działu Profilaktyki Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej lub zadzwoń: 74 66 49 470, 885 370 011
Autorka tekstu: Ewelina Grzelak, pedagog
Czy wiesz, że można umrzeć z samotności?

Samotność nie zawsze jest widoczna. Nie ma gorączki, nie widać jej na zdjęciu rentgenowskim, nie zapisuje się w wynikach badań krwi. A jednak potrafi być jedną z najbardziej dotkliwych dolegliwości współczesnego człowieka. Coraz częściej mówi się o niej nie tylko jako o stanie emocjonalnym, ale także jako o realnym zagrożeniu dla zdrowia.
Czy można więc umrzeć z samotności? W sensie dosłownym – nie tak, jak umiera się z powodu choroby serca czy wypadku. Jednak w sensie psychologicznym i biologicznym odpowiedź staje się coraz bardziej niepokojąca: długotrwała samotność może skracać życie.
Człowiek jest istotą społeczną. Potrzebujemy drugiego człowieka tak samo, jak potrzebujemy snu, powietrza czy poczucia bezpieczeństwa. Relacje międzyludzkie regulują nasz układ nerwowy, wpływają na poziom stresu, na funkcjonowanie serca i odporność organizmu. Kiedy jesteśmy blisko innych, czujemy się potrzebni, widziani, ważni. To nie są tylko romantyczne słowa – to biologiczna prawda.
Badania pokazują, że przewlekła samotność działa na organizm podobnie jak długotrwały stres. Podnosi poziom kortyzolu, osłabia odporność, zwiększa ryzyko chorób serca, depresji, a nawet demencji. Osoby, które przez lata czują się samotne, częściej chorują, gorzej radzą sobie z kryzysami i szybciej tracą energię życiową. Psychologowie mówią czasem o zjawisku „powolnego wycofywania się z życia”. Człowiek przestaje dzwonić do innych, przestaje wychodzić z domu, traci poczucie sensu.
Samotność jest szczególnie bolesna wtedy, gdy dotyka ludzi wśród innych ludzi. Paradoks naszych czasów polega na tym, że żyjemy bliżej siebie niż kiedykolwiek wcześniej – w miastach, w blokach, w sieciach społecznościowych – a jednocześnie wielu z nas czuje się bardziej samotnych niż poprzednie pokolenia. Można mieć setki kontaktów w telefonie i nikogo, do kogo zadzwoni się wieczorem, gdy coś naprawdę boli. Najbardziej narażeni są seniorzy, osoby po stracie bliskich, ludzie chorzy, ale także młodzi – paradoksalnie ci, którzy większość relacji budują w świecie wirtualnym. Samotność nie pyta o wiek ani status społeczny. Może dotknąć każdego.
Dlatego pytanie o to, czy można umrzeć z samotności, jest w gruncie rzeczy pytaniem o naszą wrażliwość społeczną. O to, czy potrafimy zauważyć człowieka obok. Czy potrafimy zadzwonić do sąsiadki, zapytać starszego pana z klatki, czy czegoś nie potrzebuje, zatrzymać się na chwilę w rozmowie.
Czasem jedno zdanie: „Jak się pani dziś czuje?” ma większą moc niż nam się wydaje.
Samotność nie zawsze oznacza brak ludzi wokół. Często oznacza brak prawdziwego kontaktu. A kontakt – szczery, uważny, życzliwy – jest jedną z najprostszych i jednocześnie najpotężniejszych form wsparcia psychicznego.
Może więc nie tyle umiera się z samotności, ile z długotrwałego poczucia, że dla nikogo nie jest się ważnym.
A na to – na szczęście – wciąż mamy wpływ jako społeczeństwo. Bo czasem czyjeś życie może przedłużyć nie lekarstwo, lecz rozmowa, obecność i zwykłe ludzkie zainteresowanie.
Jeśli potrzebujesz wsparcia, zgłoś się do Działu Profilaktyki w Centrum Aktywności Lokalnej lub zadzwoń pod nr telefonu: 74 645 86 55, 885 370 011
Twoje Zdrowie jest w Twoich rękach!
Autorka tekstu: Ewelina Grzelak, pedagog
Czy wiesz, że mózg metabolizuje alkohol przez 6 tygodni?

Jeszcze kilka lat temu wielu z nas słyszało prostą historię o alkoholu: wypijesz trochę, rozluźnisz się, będzie weselej. Taki obraz pojawia się w filmach, w mediach społecznościowych, w opowieściach starszych znajomych. Alkohol ma być czymś, co pomaga się odstresować, przełamać nieśmiałość albo „wyluzować” po ciężkim tygodniu. Problem polega na tym, że to tylko część prawdy – i to ta najbardziej powierzchowna.
W rzeczywistości to, co dzieje się w organizmie po wypiciu alkoholu, jest dużo mniej romantyczne. Kiedy pijemy, nasz organizm zaczyna natychmiast rozkładać alkohol. W pierwszym kroku powstaje substancja o mało znanej nazwie: aldehyd octowy. I tu zaczyna się problem, bo jest to związek znacznie bardziej toksyczny niż sam alkohol. Można powiedzieć wprost: to jedna z głównych rzeczy, które robią bałagan w naszym mózgu po imprezie.
Aldehyd octowy działa na neurony jak chemiczny sabotażysta. Zwiększa stres oksydacyjny w komórkach nerwowych, nasila stany zapalne w mózgu i zaburza działanie neuroprzekaźników odpowiedzialnych za nastrój. To dlatego po alkoholu – zwłaszcza następnego dnia – wielu ludzi doświadcza nie tylko fizycznego kaca, ale też psychicznego. Pojawia się niepokój, rozdrażnienie, spadek energii, czasem nawet poczucie przygnębienia bez wyraźnego powodu.
Znasz to uczucie, kiedy po imprezie budzisz się rano i wszystko wydaje się jakieś cięższe niż zwykle? Myśli krążą, nastrój jest gorszy, a drobne problemy nagle urastają do dużych. W dużej mierze odpowiada za to właśnie aldehyd octowy i chemiczny chaos, który powstaje w mózgu po alkoholu.
A czy Ty wiesz ile trwa ta burza chemiczna? Mózg przez następne ok. sześć tygodni próbuje poradzić sobie z zatruciem. Nie tylko huśtawka emocji lub brak kontroli jest widocznym efektem tego zatrucia. Z czasem pogarszają się funkcje poznawcze – pamięć, uwaga, myślenie.
Nie chodzi o moralizowanie ani o straszenie. Alkohol od wieków jest częścią kultury i życia społecznego. Problem polega na tym, że bardzo rzadko mówi się młodym ludziom o tym, jak naprawdę działa na mózg. Zamiast tego dostajemy uproszczony przekaz: pij, ale z umiarem. Tyle że „umiar” nie zmienia faktu, że każda dawka alkoholu musi zostać w organizmie rozłożona, a jednym z etapów tego procesu jest właśnie kontakt mózgu z toksycznym aldehydem octowym.
Dlatego najrozsądniejsze podejście to świadomość. Wiedzieć, co się dzieje w organizmie, i samemu decydować, czy ta chwilowa poprawa nastroju jest warta chemicznego chaosu, który pojawia się później. Szczególnie wtedy, gdy mózg – zwłaszcza w młodym wieku – wciąż się rozwija i jest bardziej wrażliwy na takie substancje.
Czasem największą dojrzałością nie jest to, ile ktoś potrafi wypić na imprezie. Czasem jest nią umiejętność powiedzenia sobie: wiem, jak to działa na mój mózg – i nie zawsze chcę za to płacić przez następne tygodnie.
Bądź mądry. Bądź dzielny. Wybieraj Zdrowie.
Jeśli chcesz się nauczyć nowych form redukcji napięcia. Jeśli chcesz popracować nad asertywnością lub widzisz u siebie problem związany ze szkodliwym piciem.
Przyjdź do nas. Zapraszamy do Działu Profilaktyki w Centrum Aktywności Lokalnej , lub pod nr telefonu: 74 645 86 55, 885 370 011
Autorka tekstu: Joanna Ziejło – Augun, psycholog
Czy wiesz, że bycie online może uzależnić?

Według najnowszego raportu z lutego 2026 roku, większość Polaków (26,6 miliona użytkowników) korzystało z internetu każdego dnia. Jak widać, internet jest ważnym elementem życia społecznego i zawodowego Polaków.
Z internetu korzystamy nie tylko, żeby sprawdzić prognozę pogody, godziny otwarcia restauracji, rozkład przejazdów komunikacji miejskiej, zrobić zakupy czy załatwić sprawy urzędowe. Czas ekranowy spędzamy też „tak, o”, żeby „przemielić” czas. Dotyczy to również dzieci i młodzieży – ta grupa spędza średnio 5,5 godziny dziennie w sieci.
Coraz częściej korzystamy z przeglądania internetu bez wyraźnego celu. To zjawisko to „scrolling”, czyli przewijanie treści w urządzeniach mobilnych. Zazwyczaj jest to powiązane z korzystaniem z mediów społecznościowych – z ciekawości, kto gdzie był, co robił, czy naszą treść „polubił” czy nie. Użytkownik mediów społecznościowych często nie ogląda tego, co świadomie zaczął obserwować. Coraz częściej trafiamy na płatne reklamy i wybrane przez algorytm danej witryny czy aplikacji proponowane treści. Często w praktyce oznacza to, że większość czasu spędzamy, podświadomie podążając za rozpoczętą czynnością. Do tego stopnia przyzwyczailiśmy się do scrollowania, że narażamy się na niebezpieczeństwo. Znaki przekreślonego telefonu komórkowego przy niektórych przejściach dla pieszych to nie kaprys władz. To profilaktyka, która powinna nas skłonić do refleksji.
Z badań jasno wynika, że korzystanie z urządzeń generujących światło niebieskie potrafi uzależnić. Już po około 15 minutach patrzenia w ekran potrafimy stracić kontrolę nad czasem spędzonym w wirtualnym świecie. Coraz częściej przyzwyczajamy się do myślenia i postrzegania świata powierzchownie, po najprostszych skojarzeniach.
Gdy korzystamy z urządzenia ekranowego przez dłuższy czas, sztucznie obniżamy poziom melatoniny, która odpowiada za naszą regenerację. Wieczór spędzony przy niebieskim ekranie powoduje, że ciężko nam się wyspać i czuć pełnię sił od rana. Człowiek niewyspany jest generalnie rozdrażniony, sfrustrowany i mało efektywny. Nie powinniśmy bezkrytycznie zatracać się w ekranowym świecie, bo tracimy kontakt ze światem rzeczywistym, który nas otacza. Nie zastępujmy prawdziwych, twórczych spotkań z drugim człowiekiem, z naturą, aktywności fizycznej i hobbistycznej – urządzeniami mobilnymi.
Prawdziwy, zdrowy rozwój psychiczny jest możliwy, gdy przebywamy głównie w przestrzeni otaczającego nas świata. Kontakt na żywo podnosi jakość życia towarzyskiego. Sięgnij po papierową książkę/notes/dziennik, grę planszową, uprawiaj ruch na świeżym powietrzu. Odłóż telefon i zachwycaj się światem, który Cię otacza.
Jeśli potrzebujesz wsparcia psychologicznego, możesz go otrzymać w Dziale Profilaktyki Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Wałbrzychu, lub pod nr telefonu: 74 645 86 55, 885 370 011
Autor tekstu: Jacek Balazs, psycholog
Czy wiesz, że strata nie musi być ostatecznością?

Słowo „strata” kojarzy się najczęściej z czymś nieodwracalnym. Z czymś, czego nie da się już odzyskać ani naprawić. Mówimy o stracie zdrowia, relacji, pracy, poczucia bezpieczeństwa czy zaufania. W życiu każdego człowieka prędzej czy później pojawia się moment, w którym trzeba zmierzyć się z doświadczeniem utraty. To jedno z najtrudniejszych doświadczeń, z jakimi przychodzi nam się skonfrontować. Strata często wywołuje smutek, poczucie pustki, złość albo bezradność. Zdarza się, że prowadzi do wycofania się z relacji z innymi ludźmi. Szczególnie dzieci i młodzież przeżywają takie sytuacje bardzo intensywnie, choć nie zawsze potrafią o nich mówić wprost. Zamiast słów pojawiają się zmiany w zachowaniu – wycofanie, bunt, spadek motywacji do nauki czy trudności w relacjach z rówieśnikami, agresja.
Oblicza straty mogą być bardzo różne. Dla jednego młodego człowieka będzie to rozstanie rodziców, dla innego przeprowadzka i utrata dotychczasowego środowiska, dla jeszcze kogoś odejście bliskiej osoby albo zakończenie ważnej relacji. Z perspektywy dorosłego niektóre z tych sytuacji mogą wydawać się „mniejsze”, ale dla dziecka lub nastolatka są prawdziwym wstrząsem. Największym błędem, jaki można wtedy popełnić, jest bagatelizowanie tych uczuć. Słowa „przesadzisz”, „inni mają gorzej”, „zaraz ci przejdzie” nie pomagają. Przeciwnie – sprawiają, że młody człowiek zostaje sam ze swoim doświadczeniem. Tymczasem strata nie zawsze oznacza koniec.
Bardzo często jest początkiem procesu, który prowadzi do zmiany, dojrzewania i budowania nowych relacji. Oczywiście wymaga to czasu, rozmowy i wsparcia ze strony dorosłych. Dzieci i młodzież potrzebują wtedy przede wszystkim obecności kogoś, kto potrafi wysłuchać bez oceniania i bez pośpiechu. Wielu młodych ludzi dopiero po pewnym czasie odkrywa, że po trudnym doświadczeniu mogą pojawić się nowe możliwości. Nowi przyjaciele, nowe zainteresowania, nowe sposoby radzenia sobie z emocjami. Nie oznacza to, że strata przestaje boleć. Daje po prostu świadomość, że nie musi definiować całego życia. Rolą dorosłych – rodziców, nauczycieli, pedagogów – jest towarzyszenie młodym ludziom w przechodzeniu przez te trudne momenty. Czasem wystarczy rozmowa, czasem potrzebna jest dłuższa pomoc i wsparcie specjalistów. Najważniejsze jednak, aby dziecko czy nastolatek wiedział, że nie jest z tym doświadczeniem sam. Bo choć strata jest częścią życia, nie musi stać się ostatecznością. Może być początkiem drogi do odbudowy poczucia bezpieczeństwa, relacji i nadziei.
Jeśli potrzebujesz wsparcia, zgłoś się do Działu Profilaktyki w Centrum Aktywności Lokalnej lub zadzwoń pod nr telefonu:
74 645 86 59 lub 885 370 011.
Autorka tekstu: Jadwiga Wąsik, pedagog
„Czy wiesz, że style przywiązania z dzieciństwa wpływają na dorosłe relacje?”

Gdybyśmy na pierwszej randce, zamiast o ulubione filmy, pytali o to, czy jako dzieci czuliśmy się bezpieczni, zaoszczędzilibyśmy sobie wielu rozczarowań. Ale tego nie robimy. Wolimy wierzyć w magię spotkania, w „to coś” lub, że po prostu trafiamy na trudnych ludzi. Tymczasem większość naszych relacji i miłosnych zmagań to nie pech, lecz echo tego, co zapisało w nas dzieciństwo. Psychologia nazywa to stylami przywiązania czyli takim mechanizmem, który określa, jak reagujesz na bliskość i dystans w relacji. Style przywiązania powstają w wyniku tego, jak nasi opiekunowie (rodzice) reagują na nasze potrzeby w dzieciństwie, zwłaszcza te emocjonalne. Jeśli robią to w sposób prawidłowy to kształtują ufnego względem siebie i innych człowieka, a jeżeli z różnych przyczyn tego nie robią, to twoje podejście do siebie i innych staje się pozabezpieczane.
Te nasze ukształtowane style przywiązania są z nami codziennie. One idą z nami na kawę ze znajomymi, wyjeżdżają na urlop, ba … idą z nami do pracy i podpowiadają nam, jak rozumieć zachowania ludzi. W relacjach ze znajomymi te różnice widać najlepiej w małych gestach. To dlatego jedna przyjaciółka czuje ukłucie smutku, gdy nie masz dla niej czasu. I nie dlatego, że chce Cię kontrolować, ona po prostu boi się, że przestała być dla Ciebie ważna. Z kolei kolega z pracy, gdy tylko rozmowa schodzi na bardziej osobiste tematy, nagle chowa się za stosem dokumentów, bo zbyt duża bliskość kojarzy mu się z utratą wolności, czyli zagrożeniem. Zrozumienie tych dróg, którymi każdy z nas idzie, to pierwszy krok do budowania dobrych dla siebie relacji.
Najbardziej pożądaną drogą jest bezpieczny styl przywiązania. Osoba obdarzona tym stylem to ktoś, kto w relacjach czuje się po prostu jak u siebie. Nie szuka drugiego dna w twoim milczeniu ani nie układa czarnych scenariuszy, gdy nie odbierasz telefonu. Jeśli nie odpisujesz przez kilka godzin zakłada, że po prostu jesteś zajęty życiem a nie, że przestałeś/aś kochać.
Dla kogoś o lękowym stylu przywiązania bliskość jest jak bezcenny skarb, którego nieustannie boi się stracić. Taka osoba potrzebuje zarówno w relacji koleżeńskiej czy miłosnej częstych potwierdzeń, gestów i zapewnień, że wszystko jest w porządku, bo cisza brzmi dla niej jak zapowiedź końca. np. lubisz mnie jeszcze?, mam nadzieję, że się nie obraziłaś/eś, kochasz mnie jeszcze?, czemu odpisałeś/aś dzisiaj tylko jednym słowem? Ten lęk nie bierze się ze złośliwości, tylko z ogromnej potrzeby bycia ważnym dla kogoś.
Dla osoby o unikowym stylu bliskość, zamiast dawać bezpieczeństwo, budzi podświadomy lęk przed utratą siebie. To nie jest chłód serca, lecz wyuczony sposób na przetrwanie. Taka osoba czuje się najlepiej, gdy zachowuje bezpieczny dystans. W relacjach osobistych to ten partner, który po wyjątkowo czułym wieczorze nagle potrzebuje „więcej przestrzeni” i milknie na dwa dni, by odzyskać poczucie kontroli.
Do najbardziej złożonego obciążającego stylu przywiązania należy styl zdezorganizowany. To pragnienie bliskości, które nieustannie zderza się z paraliżującym strachem przed nią. Wyobraźmy sobie kogoś, kto stoi przed otwartymi drzwiami: całym sercem chce wejść do środka, by poczuć ciepło domowego ogniska, ale jednocześnie każdy krok naprzód kojarzy mu się z ogromnym niebezpieczeństwem, bólem i cierpieniem. W relacjach osobistych to ten partner, który potrafi jednego dnia obsypać Cię czułością, by następnego bez wyraźnego powodu odepchnąć Cię chłodnym słowem lub prowokacją. Nie robi tego z wyrachowania, on po prostu czuje się osaczony przez własne, sprzeczne emocje.
Zrozumienie kogoś o nieprawidłowym stylu przywiązania wymaga ogromnej cierpliwości, bo pod jego trudnym zachowaniem kryje się dziecko, które kiedyś nauczyło się, że ci, którzy mieli kochać, bywali jednocześnie źródłem największego lęku. Prawdziwa zmiana, aby lepiej się czuć w relacjach zaczyna się wtedy, gdy zrozumiemy, że zachowania innych ludzi rzadko są wymierzone przeciwko nam. Z kolei zrozumienie siebie to nauka własnych emocji. To moment, w którym przestajesz myśleć, że coś jest z Tobą nie tak. W tej nauce chodzi o to, by między tym, co czujesz, a tym, co zrobisz, pojawiła się choć sekunda przerwy. To ta krótka chwila, w której zamiast wysłać kolejną wiadomość pełną wyrzutów, potrafisz pomyśleć: „Boję się, bo poczułem się nieważny, ale to tylko mój stary lęk”. Albo ten moment, gdy zamiast uciekać przed szczerym wyznaniem, bliskiej ci osoby zauważasz: „Chcę się wycofać, bo bliskość mnie przeraża, ale przecież nic złego się nie dzieje”.
Najważniejszą informacją jest to, że osoba spoza bezpiecznego wzorca przywiązania (lękowego, unikającego lub zdezorganizowanego) może wypracować zdrowsze mechanizmy reagowania w relacjach i nabyć ten właściwy – bezpieczny. Może to zrobić poprzez: psychoterapię, relację z osobą o bezpiecznym stylu, pracę nad samoświadomością oraz naukę regulacji emocji.
Jeśli rozpoznajesz u siebie konkretne zachowania, które pasują do któregoś z tych opisów a chciałbyś je zmienić, serdecznie zapraszamy do Działu Profilaktyki Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej, w Centrum Aktywności Lokalnej, tel 74 645 86 55, 885 370 011
Autorka tekstu: Joanna Szczepanek, pedagog
Czy wiesz, że zawsze jest ten pierwszy i ostatni raz w relacji rodzic – dziecko?
W wychowaniu rzadko słychać fanfary. Nie ma dźwięku, który ogłasza: „Uwaga, to będzie pierwszy raz” albo „Proszę państwa, właśnie wydarza się ostatni”. A jednak całe rodzicielstwo – i w dużej mierze także praca pedagoga – składa się właśnie z takich chwil. Cichych, niepozornych, często niedostrzeganych.
W wychowaniu rzadko słychać fanfary. Nie ma dźwięku, który ogłasza: „Uwaga, to będzie pierwszy raz” albo „Proszę państwa, właśnie wydarza się ostatni”. A jednak całe rodzicielstwo – i w dużej mierze także praca pedagoga – składa się właśnie z takich chwil. Cichych, niepozornych, często niedostrzeganych.

Pierwszy raz, kiedy dziecko kłamie. Pierwszy raz, kiedy wraca później, niż było umówione. Pierwszy raz, kiedy mówi „nie” i sprawdza, czy świat się zawali. I pierwszy raz, kiedy dorosły przymyka oko, bo jest zmęczony, bo to „tylko drobiazg”, bo „przecież nic wielkiego się nie stało”. Nie dramatyzujmy – jedno kłamstwo nie czyni z dziecka kłamcy, a jeden błąd nie przesądza o jego przyszłości. Wychowanie nie polega jednak na reagowaniu dopiero wtedy, gdy wydarzy się coś naprawdę poważnego. Polega raczej na uważności wobec tych pierwszych razów. Bo to one często wyznaczają kierunek. Pierwsze przekroczenie granicy bywa bardzo ciche, nie przypomina burzy, raczej kamień wrzucony do wody. Fale są niewielkie, ale kręgi rozchodzą się coraz dalej. Jeśli dorosły nie zatrzyma się przy tym momencie, dziecko uczy się nie tyle złego zachowania, co czegoś znacznie ważniejszego – że granice są płynne, a zasady zależą od okoliczności. Następnie przychodzi czas, który dla wielu rodziców jest prawdziwym wyzwaniem – dorastanie. Pierwsze wagary, pierwsza noc bez informacji, gdzie się jest, pierwszy alkohol „bo wszyscy pili”. Pierwsze drzwi zamknięte z trzaskiem i zdanie rzucone przez ramię: „Nie masz prawa mnie kontrolować”.
W pracy z rodzinami często widzę dwa skrajne podejścia. Jedni rodzice próbują kontrolować wszystko, inni – z obawy przed konfliktem – przestają stawiać granice. Tymczasem młody człowiek najbardziej potrzebuje czegoś pomiędzy: obecności dorosłego, który potrafi słuchać, ale też jasno mówić, gdzie przebiega granica.
Pierwszy raz, gdy nastolatek realnie ponosi konsekwencję swojego wyboru, jest jednocześnie pierwszym momentem uczenia się odpowiedzialności. Z kolei ostatni raz, gdy rodzic ratuje go przed każdym skutkiem jego decyzji, bywa początkiem bezradności w dorosłym życiu. Problemy wychowawcze, uzależnienia czy kryzysy relacji rzadko zaczynają się dramatycznie. Najczęściej mają swój niewinny początek. Pierwsze „spróbuję tylko raz”, „nic się nie stanie”, „przesadzasz”. Po latach wielu dorosłych mówi wtedy: „Gdybym wtedy zareagował”, „Gdybym wtedy postawiła granicę”.
Ten tytuł ma też drugą stronę. Zawsze jest pierwszy i ostatni raz – również w zmianie. Ostatni raz, kiedy rodzic krzyczy zamiast rozmawiać. Ostatni raz, kiedy dziecko słyszy, że „z niego nic nie będzie”. Ostatni raz, kiedy w domu wygrywa milczenie zamiast rozmowy. I pierwszy raz, kiedy ktoś mówi: „Zatrzymajmy się i spróbujmy inaczej”. Wychowanie nie jest projektem doskonałości, bardziej codziennym towarzyszeniem młodemu człowiekowi w jego drodze do dorosłości. Czasem z sukcesami, czasem z błędami, ale zawsze z nadzieją, że relacja jest ważniejsza niż chwilowa wygrana w sporze. Bo w wychowaniu naprawdę zawsze jest ten pierwszy i ostatni raz. I od naszej uważności zależy, który z nich stanie się początkiem czegoś dobrego.
Autorka tekstu: Jadwiga Wąsik, pedagog


